poniedziałek, 6 czerwca 2016

Zabieram was na moment do Kornwalii

Witajcie kochani,
 
Właśnie skończył nam się tydzień wolnego od szkoły (ferie). W tym roku był to czas bardzo potrzebny na relaks, oderwanie się od ostatnio trudnej dla mnie teraźniejszości, która nie oszczędza mi trosk, kłopotów i przykrości. Najważniejsze, że w trudnych chwilach jest ze mną moja najbliższa rodzina, kilkoro przyjaciół, którym wypłakuję się do ucha, a  oni cierpliwie to znoszą, i przede wszystkim jest ze mną Bóg. Jego obecność dodaje mi odwagi, skrzydeł i pozwala przejść przez trudności z ufnością, że wszystko jest po coś, a każda przykrość czy cierpienie może być komuś bardzo potrzebne. Trudne jest do zrozumienia takie powiązanie, ale ja akurat wolę nie wnikać w głębię Bożej tajemnicy, tylko ufam, że tak jest, a to zaufanie jest jak balsam dla mojej duszy. Wszystko przetrwam z Nim.

Mój relaks odbywał się w ukochanej Kornwalii. Nie pamiętam, który raz tam byłam - może siódmy, ósmy?  Miejsce, w którym dzięki naszym przyjaciołom i sąsiadom mogliśmy po raz kolejny wypoczywać, jest szczególne: oczywiście nie tylko ze względu na trudność z wszelkim zasięgiem (co akurat jest plusem), ale ze względu na zapach oceanu wymieszany z zapachem świeżego powietrza i wonią kwiatów, ziół i drzew, które tam rosną bardzo obficie bez ingerencji niszczącego wszelką przyrodę przemysłu. Do tego te odpływy, które odsłaniają piękne, wręcz dziewicze dzikie plaże. Przeszliśmy nimi kilometry. Skaliste brzegi, spore górki to było mega wyzwanie dla mnie - nie ukrywam, że wspinanie się pod górkę nie należy do moich ulubionych form wypoczynku (rok temu w walijskich górach złamałam prawą rękę). Bardzo mnie męczy. Ale w tym roku, powspinałam się na kornwalijskich szlakach wielokrotnie. W ogóle mam wrażenie, że w Kornwalii człowiek więcej się wspina niż schodzi z górek. Nie powiem - miałam wieczną zadyszkę, czasami serce uderzało głośno i szybko, a nogi prawie mdlały ze zmęczenia; to jednak wolę taką formę wypoczynku od "smażenia się" na plaży. Ale słońce mnie i tak mocno przypiekło, bo pogodę mieliśmy jak marzenie. W ostatnim dniu, mimo ciepła i słońca już musiałam chodzić w bluzie z długim rękawem i zapięta po szyję, bo chyba w innym wypadku przypominałabym skwarka. Doszłam też do wniosku, że moje dzieci mają chyba wbudowany jakiś samonapędzający się akumulator. Mimo długich wędrówek, nie miały dosyć. A może to ja już mam swoje lata?



Podczas kornwalijskiego odpoczynku przeczytałam kilka książek. Różnych książek, między innymi o życiu św.Katarzyny z Sieny (była niesamowitą i odważną kobietą), poruszającą do głębi książkę - wspomnienia siostry Łucji: czyli Fatima widziana oczami dzieci. Prosta relacja z codziennego życia pełnego obowiązków trójki dzieci, ich zabawy, czasem sprzeczki i oczywiście objawienia, które zmieniły życie tych dzieci, ich rodzin, aż wreszcie mają ogromne znaczenie w świecie i dzisiaj, a kto wie czy nie zwłaszcza dzisiaj. Książkę się czyta jak zbiór opowiadań dla dzieci o dzieciach (moje wrażenie), więc polecam wam. Warto chociaż fragmentami czytać dzieciom, zwłaszcza tym, które przygotowują się do I Komunii Świętej. Przeczytałam też kolejną książkę mojej koleżanki - Doroty Schrammek, drugą część trylogii o ludziach i zdarzeniach umiejscowionych w Pobierowie i okolicach -" Na brzegu życia". Dorota świetnie pisze, a jej książki czyta się na "wdechu". Jak zaczniesz to musisz już dokończyć, bo inaczej "pękniesz" z ciekawości. Polecam wam bardzo mocno. Już chyba za kilka dni ukaże się jej kolejna książka. Czekam na nią z niecierpliwością.
Z książek mieliśmy również przewodnik po dzikich roślinach i ziołach. Wiele z nich pamiętam z polskich łąk i lasów. Skarby Bożej apteki. Myślę, że wybranym kilku roślinom poświęce osobny post, bo chyba warto niektóre z nich poznać bliżej.

W życiu artystycznym nastąpiła mała przerwa, choć mam jeszcze kilka zaległości, których wam nie pokazywałam, ale może innym razem... Dzisiaj w moim sercu i duszy jeszcze słyszę szum oceanu, czuje zapach kwiatów i cieszę się umocnieniem, które Bóg mi zesłał przez tych kilka dni sam na sam z moją cudowną rodziną i z Nim. Bardzo się cieszę, że tutaj zaglądacie, to znaczy, że warto dla was tutaj być. Pozdrawiam was serdecznie i cieszmy się czerwcem. A poniżej jeszcze Kornwalia -zabieram was na spacer.

Krab złowiony przez moja córkę. Spokojnie, po sesji fotograficznej wolność została mu zwrócona.

Zielone  pagórki.


Nadmorskie miasteczko Looe.


 

 

Wędrowanie zawsze wynagradza trudy pięknymi widokami.
 












Dzikie plaże.
 
Mewy są dopełnieniem każdego morskiego krajobrazu.
 
Kormorany kochają tutejsze skały.



 Ponownie Looe.

 
Casami można też spotkać foki.





 
Razem patrzeć w jednym kierunku, cóż potrzeba więcej?
 
 

wtorek, 31 maja 2016

Nim maj odejdzie na rok....

Kochani,

Kończy się maj. Ach, jaka szkoda! Choć tegoroczny maj nie był wyjątkowo ciepły, a w przyrodzie nastąpiły spore opóźnienia rozwojowe (jak to dziwnie brzmi, prawda?), to jednak to był maj: miesiąc kwiatów, soczystej zieleni i Maryi. Miesiąc zapachów, zadumy, modlitwy i zachwytu nad przyrodą i pięknem świata.

W moim ogrodzie wszystko rozwija się później niż jak to bywało wcześniej. Nie zawiódł lilak, pospolicie zwany bzem. Wprawdzie mój lilak jest jeszcze bardzo młody, to już zachwycił kwiatami i zapachem. Udało mi się nawet ususzyć garstkę kwiatów w celach herbacianych. Tak, ja też pierwszy raz w życiu słyszałam o tym, że z lilaka jest pyszna herbata i pełna ciekawości postanowiłam ją spróbować. Przepis możecie znaleźć tutaj. Kuzyn lilaka - bzik, choć kwiaty ma jakby mniejsze i rzadsze, to zapachem przebija swojego szlachetniejszego krewnego - lilaka. Mój bzik lub bezik jak kto woli, przyjechał kilka lat temu z Polski. Ale tutaj też widziałam te ciekawe krzewy w sprzedaży . Polecam - pięknie pachną i lubią powtarzać kwitnienie (choć słabsze) latem.






Maj to okres pierwszego zboru ziół na suszenie. Suszy się u mnie melisa, tymianek i oczywiście ziele miłości, czyli lubczyk.
Niestety, mszyce spedzają sen z moich powiek. Nie ma ich jeszcze dużo, ale upatrzyły sobie moje różane krzewy, a to jest błąd niewybaczalny. Krzewy pryskam zmianowo; raz chemią, raz gnojówką z czosnku, którą sama robię. Widziałam też mszyce na krzaczkach truskawek, więc tam pryskam tylko czosnkiem: wiadomo - będziemy te truskawki jeść. Jak zrobić taki czosnkowy płyn? Powkładać czosnek do buletki po wodzie mineralnej, zalać wodą, zakręcić i po tygodniu już można odlać do spryskiwacza i pryskać.


Powracając do lilaków, zainspirowana i zaczarowana ich zapachem wymalawałam sobie kubek z ich wizerunkiem. To moja pierwsza próba malowania kubka, jeszcze nieudolna, więc proszę o wyrozumiałość. Kończąc ten post -pamiętajcie- czerwiec też jest piękny!




I kilka ogrodowych dodatków:
 





 


czwartek, 26 maja 2016

Maj odchodzi a u mnie wciąż kartki komunijne

Witam was bardzo serdecznie!

Wpadłam dzisiaj na moment: bardzo chciałam wam pokazać część kartek, jakie udało mi się ostatnio zrobić. Kartki, jak przystało na maj głównie o tematyce Eucharystycznej. Życzę miłego ogłądania i pozdrawiam jak zawsze bardzo serdecznie.
















piątek, 13 maja 2016

Jak maj to mniszek lekarski i kartka zainspirowana niebieskimi dzwoneczkami

Witajcie,

Naprawdę wcale, ale to wcale mnie nie dziwi, że mniszek lekarski, którego potocznie nazywamy mleczem ma tak wiele cennych właściwości leczniczych. Jestem przekonana, że każda roślina na świecie ma swoje własne cenne właściwości, tylko na odkrycie jeszcze wielu z nich świat będzie musiał poczekać. I tak przez lata badań i odkryć powstała niezła kolekcja tych "ziółek". Jak to się mówi? Zaraza, zaraz....już wiem: leki z Bożej apteki!

Przyznaję, że "majowe złoto", czyli mlecz, w tym roku w celach leczniczych zbieraliśmy po raz pierwszy w życiu. Akurat ostatnia niedziela była tak piękna, że nie tylko upajaliśmy się niebieskimi leśnymi dzwoneczkami, o których pisałam w poprzednim poście, ale w czystym i odludnym miejscu odkryliśmy łąkę pełną kwitnącego mniszka lekarskiego. Moje córki zabrały się do pracy z nieukrywaną ochotą, więc szybko uzbieraliśmy potrzebną ilość. Przepisów na  syropki, miody itp. z mniszka lekarskiego w internecie jest sporo, ale ja polecam wam zajrzeć tutaj i korzystać z darów Nieba, póki jeszcze są.

Nasz syrop wyszedł pyszny, może tylko powinien być gęściejszy, choć nie jestem tego pewna. I ja inaczej zakończyłam moją pracę nad syropem niż w przepisie podanym na stronie, której linka wam podałam: 
pasteryzowałam syropy jak najbardziej tradycyjnie, w garku z wodą około 20 minut. Jeszcze jedna uwaga: wybierając się na zbiory mniszka warto zabrać ze sobą butelkę wody. Oczywiście do picia też, ale przede wszystkim do szybkiego obmycia rąk, bo mniszek puszcza bardzo brudzący ręce sok. Jak sok porządnie zaschnie, to później zmycie go nie jest takie łatwe jakby się chciało. Można kwiaty zrywać w rękawiczkach. Ja jednak nie potrafię pracować w rękawiczkach. Ja naturę zawsze muszę czuć całą sobą.


A przy okazji zbierania tego cennego "łąkowego słońca", podglądaliśmy życie najmniejszych z najmniejszych, czyli stworzeń dla których nawet zwykłe dźbło trawy to całkiem wysoka wieża. 


Na koniec, muszę się wam przyznać, że wczoraj tworząc kartkę urodzinową dla mojej koleżanki z pracy (miłośniczki niebieskich dzwoneczków), wpadłam na pomysł wykorzystania własnego zdjęcia i przerobiłam je prostym programem do obróbki zdjęć na formę malowaną, zresztą moją ulubioną, czyli impresjonistyczną (uwielbiam impresjonizm). Jesteście ciekawi efektu?
 
Poniżej zdjęcie orginalne
 
A tutaj "mój impresjonizm"
 
 A kartka wygląda tak:
 
Kochani, korzystajcie z mniszka lekarskiego i życzę wam mnóstwa zachwytów majem!